14 listopada 2008

WITAM PO PRZERWIE



"Sen", monotypia+technika własna, 2007

Wakacje błogie przeminęły i pełna nowych sił wkroczyłam w dolinę dręczących chorób. Najgorsza z nich - problem z 6 kręgiem szyi, nerwem pośrodkowym i potwornym, nieustającym, nie wrażliwym na nic bólem, wyjątkowo paskudnie utrudniła mi życie. Trudno mi uwierzyć w to, że jeszcze dwa lata temu dziarsko ćwiczyłam na siłowni, 70 brzuszków na mocno pochyłej ławce, na ukos i na wprost, podciąganie, wyciąganie, wygibasy kręgosłupowe, bieżnia, wyciągi, hantle, siódme poty. Przyczyna uszkodzonego kręgu tkwi chyba w wakacyjnym upadku ze schodów. Zleciałam z samej góry, z hukiem. Schody stare, drewniane, wytarte, nie twarde więc, o zaokrąglonych krawędziach, strome, strychowe. Zdążyłam tylko podczas spadania wyciągnąć ręce i głowę do góry, mgnienie myśli: „ jeszcze mi się przydadzą”. Na dole grzmotnęłam w wypełnioną po brzegi szafę, później zobaczyłam, że przesunęłam ją 5cm. Przypomniało mi się, co czuje na ulicy człowiek przekłuty pod sercem nożem. Nie do końca orientuje się co się stało. Boli, ale ma się wrażenie, że przejdzie. Można przejść jeszcze kawał ulicy, ale „idziesz martwy”, jak napisała Agatha Christe. I tak mimo bólu pozbierałam się szybko i pobiegłam na sofkę, tam wyciągnięta próbowałam oszacować straty. Kręgosłup cały (?), miednica cała, nerki, kości udowe, stopy, po kolei. Wyszło na to, że prócz mocnego stłuczenia i siniaka wielkości dłoni w miejscu, gdzie kość udowa zderzała się ze stopniami schodów, nic mi się nie stało. Zupełnie nic. Potem z wielkim zainteresowaniem obserwowałam siniaka niezwykłej wielkości, który przechodząc przez wszystkie kolory tęczy szybko znikł bez śladu. Zapomniałam o radach mojej mądrej kuzynki Iwony. Gdybym pamiętała, poszłabym prześwietlić kręgosłup, może dostałabym kołnierz na szyję i wszystko rozeszłoby się po kościach, a tak mam teraz trzy tygodnie chodzenia z bólu po ścianach, bezsenności i nie wiadomo ile niewiadomej przyszłości. Podczas ciężkich nocy miewałam sny – majaki ciekawe, inspirujące.

Poza koszmarami, gdzie na „kropelkę” próbowałam sobie przykleić urwaną rękę (rozpaczliwe myśli, przecież się zepsuje… co robić?), miałam sny inne. Idziemy z Piotrusiem na wystawę sztuki. Widzimy wielkie, z rozmachem zrobione instalacje. Wszystko zielone oświetlone chłodnymi świecącymi jarzeniówkami. Niektóre przygasają i migają, jak w pociągu, czy starej fabryce. Duże akwaria, w środku każdego z nich znajdują się pourywane części ciał zrobione z żywic polimerowych i silikonu. Jak prawdziwe. W środku mechanizmy poruszające. Dużo urwanych głów, które poruszają ustami. Ciała otoczone przedmiotami codziennego użytku, śmieciami, monitorami, wszystko porośnięte zielonymi glonami, twarze, nogi, ciała również. Gdzieniegdzie miga jakaś lampa neonowa. Niby zepsuta. Jakieś kształty. Gdy głowy mówią, delikatne włoski glonów przy otwartych ustach poruszają się z ruchem przepływającej wody. Czasem wyleci zabłąkany bąbelek. Oczy zamykają się i otwierają. Gdzieniegdzie przepełznie ślimak. Nie słyszymy mowy głów, przyklejone do szyb akwariów wiszą teksty wypisane przez artystę kulfoniastymi literami. Kartki poprzyklejane jedna do drugiej, długie do podłogi. To mówi GŁOWA NR 2 : bla, bla, bla, kondycja współczesnego człowieka, wyalienowanie itd., to, co znamy. Gdzieś z boku leży sterta kamieni pobryzgana farbą. Piotruś bierze jeden. Nie zauważam. Dopiero na ulicy przy dziennym świetle spostrzegam, że trzyma w dłoniach wapienny kamień owinięty izolowanym drutem, taki sam, jaki wrzucam do studni wiosną jako obciążenie plastikowej rury od pompy. Jednak na tym kamieniu jest jakaś plamka z farby i pieczątka „Muzeum Sztuki…”
Panikuję, denerwuję się, myślę sobie, tysiące euro do zapłacenia, kara. Zimne poty.

We śnie odnajduję w sobie ten sam lęk, który przeżyłam naprawdę w Muzeum Ludwig w Kolonii. Nie mogłam utrzymać za rękę Piotrusia, wszystko było ciekawe, a to wełniane frędzle wiszące od góry, a to balon napompowany, a to pistolecik strzelający różową farbą. Strażniczka tylko mrużyła oczy: „Czy pani wie, ile to kosztuje? Proszę wziąć, trzymać to dziecko! Ono jest oczywiście chore, bo nie zachowuje się normalnie, ja rozumiem, ale i tak będzie pani płaciła odszkodowanie! Muzeum zapłaciło za to setki tysięcy!”
Zrobiłam się taka malutka, wzięłam Piotrusia za rękę i wyszłam.
Piotruś nic nie zepsuł, balon został balonem, frędzli nie ściągnął. Wszystko to można dalej podziwiać nienaruszone w tym niemieckim wspaniałym i bogatym muzeum.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz